Na letniskach w Galicji w 1904 roku
Jaremcze, Mikuliczyn, Worochta, Żabie (cz. II)
W pierwszych latach XX wieku coraz bardziej popularne stawały się wśród mieszkańców Galicji karpackie letniska. Jeszcze nie nadeszły ich „złote czasy”, ale prasa już zaczęła odnotowywać pojawiający się tutaj ruch turystyczny. Na letniska zjeżdżało coraz więcej osób, a redaktorzy gazet byli przekonani, że miejscowości uzdrowiskowe, mogą w niedalekiej przyszłości śmiało konkurować z najlepszymi w Europie. Często pojawiały się również uwagi odnoszące się do istniejących jeszcze braków i niedogodności, którym towarzyszyły reportażowe relacje z pobytu w karpackich miejscowościach. Poniżej przytaczamy następne dwa z czterech opisów karpackich letnisk, które ukazał się w lipcu i sierpniu 1904 roku w gazecie „Słowo Polskie”.
Echa letnie. Worochta *
Z Tatarowa do Worochty prowadzi droga wzdłuż toru kolejowego z jednej, a Prutu szumiącego z drugiej strony, przez las. Droga dla pieszych jeszcze jaka taka, kto ma jednak odwagę puścić się nią wózkiem, czy bryką, powinien wpierw duszę polecić Bogu, przedewszystkiem zaś nie wolno nikomu, pod grozą ciężkiej choroby, jechać tamtędy inaczej jak z pustym żołądkiem, miałby się bowiem z pyszna taki śmiałek, któryby sobie pozwolił na jazdę tamtędy po dobrym, przypuśćmy, obiedzie. Pewne „miserere”. Nie byłby to żaden fakt nadzwyczajny, do dróg bowiem powiatowych i gminnych w kraju naszym jesteśmy aż nadto przyzwyczajeni i nikt o nich jakiegoś osobliwego wyobrażenia nigdy nie miał i nie ma. Fundusze na utrzymanie dróg na papierze widnieją w zarządach powiatowych i gminnych ogromne, ale gdzie się one podziewają, o tem mogłyby kroniki prowincyonalne wiele, bardzo wiele powiedzieć.

Worochta: droga do Tatarowa (pocztówka 1927/ źródło POLONA)
Worochta, podobnie jak Jaremcze, nie stanowi dotychczas dla siebie odrębnej gminy, ale należy do Mikuliczyna. Pomimo starań bardzo wybitnych i wpływowych osobistości trudno doprowadzić do rozłączenia tych gmin, a sekret w tem jest taki, że Worochta jest dla Mikuliczyna istną holenderską krową. Istniejące tam przedsiębiorstwa wyrębów drzewnych płacą ogromne podatki do skarbu państwa, zaczem i dodatki do podatków, idące do kasy gminnej w Mikuliczynie, na kolosalne stosunkowo wyrastają cyfry. Na utrzymanie dróg gminnych z Mikuliczyna do Worochty przeznacza budżet gminny coś 3.000 koron, jak zaś te drogi wyglądają, może mieć o tem pojęcie tylko ten, kto niemi jechał.
O jakiemś wysypywaniu ich szutrem lub żwirem drobnym, o jakichś robotach lub robotnikach na nich, nikt nie słyszał. Jestem w tych górach stałym gościem i bywalcem, znam je od lat dwudziestu, wówczas jeszcze, kiedy się nikomu nie śniło, żeby w tych stronach powstał kiedyś cały szereg uzdrowisk klimatycznych, ale ze smutkiem muszę zaznaczyć, że gospodarka gminna w tych pięknych górach jest po prostu rabunkowa i dziwić się tylko należy, iż władze powiatowe i rządowe przez palce na takie szafarstwo grosza publicznego patrzą.

Worochta: widok ogólny (pocztówka 1923-1934/ źródło POLONA)
Istnieje ustawa o ochronie lasów, ale jest większa część ustaw i przepisów — na papierze. Z dziewiczych lasów ostały się tylko skarbowe, gminne zaś i chłopskie wycięła już w większej części doszczętnie siekiera spekulantów, przez co i klimat w tych górach znacznie się zmienił, powodzie bowiem bywają gwałtowne, lub susze niesłychane wypalają trawy po halach. Za niszczenie lasów i przekroczenie zakazu wyrębywania ich nakłada starostwo śmiesznie drobne pieniężne kary, lub udziela „nagany”. Są to poprostu kpiny, a że tak jest, świadczą o tem gołe wierzchołki gór, jak niemniej majątki, pozbijane przez spekulantów żydowskich, swoich i węgierskich, których się tu kręci całe mnóstwo.
Powracając do kwestyi utrzymania dróg, a w szczególności drogi wspomnianej z Tatarowa do Worochty, dodam dla lepszej ilustracyi fakt, iż domagający się od kilku lat zburzenia drewniany most na Prucie, grozi zawaleniem, a nikt o nowym nie pomyśli, a co bardziej, niema nikogo, ktoby taką niedbałą gminę pociągnął do odpowiedzialności, wziął radę gminną za łeb i zapytał, co robi z pieniędzmi na utrzymanie dróg i innemi, do kasy gminnej wpływające mi. (…) O parę kilometrów stąd leżą Węgry. Proszę popatrzeć na tamte gościńce, szerokie, wypukłe, ze spływami na wodę co kilkanaście metrów. Baryery silne, mostki i mosty porządnie sklepione i spojone, z naszych zaś kamień się usuwa, baryery grożą lada chwila upadkiem, a samobójstwa krów i koni, staczających się wskutek lichych baryer i źle zaopatrzonych stoków gościńca, są na porządku dziennym.

Worochta: willa księży (pocztówka 1904 / źródło POLONA)
(…) stajemy nareszcie w Worochcie. Rozglądam się, jakie od roku zeszłego zaszły w niej zmiany. Są, i znaczne. Oto rośnie, rośnie dzieło Boże, kościołek, tuż obok sanatoryum księży. Ich to staraniem, ich to kosztem przyszedł do skutku. A rzecz to piękna, z ciosu i cegły, już, już, a i dachem się nakryje i wieżą w niebo wystrzeli. Projektował kościołek ten prof. Bełtowski ze Lwowa, a wykonanie poruczono w doświadczone ręce budowniczego Łazarskiego, który tutaj i w Tatarowie cały szereg budowli już wykonał. Doprowadzenie dzieła do skutku ma wiele do zawdzięczenia ks. Jouganowi i ks. Boczarowi ze Lwowa, którzy gorliwie grosz gromadzą i skrzętnie się budową zajmują. Na przyszły rok, ma kościołek być zupełnie już gotowym i do użytku publicznego, a na chwałę bożą oddanym.
Jak się dowiaduję, na pomnożenie funduszów budowy kościołka amatorzy dają w najbliższą niedzielę tutaj wieczór muzykalno-wokalny, na którym zapewne nikogo stąd, ani z sąsiednich miejsc klimatycznych nie braknie. Wreszcie smutna nowina. Nie zastałem już tutaj jednego ze stałych, a tyle sympatycznych mieszkańców Worochty. Właśnie zmarł śp. Erazm Zaremba, emeryt, starosta pilznieński, który wraz ze swoją zacną małżonką osiedli tutaj przy synie swoim, tutejszym poczmistrzu. Śp. Zaremba pozostawia po sobie pamięć dobrego i zacnego człowieka, na którą sobie całem życiem, obywatela, kochającego ojczyznę, zasłużył. To też zwłokom jego na cichy cmentarz wiejski worochteński towarzyszy szczery żal wszystkich, którzy go mieli sposobność bliżej poznać.

Worochta: widok na cerkiew (pocztówka 1923 / źródło POLONA)
***
Pożar lasów Worochty **
Jeszcze nie zgasły dymiące się zgliszcza Temnatyku, który zgorzał 25 bm., a już nowy alarm „Worochta w płomieniach” zaelektryzował całą okolicę. Z uroczej doliny Tartarowa, którą przecina przezrocze koryto wartkiego Prutu, można było obserwować we wtorek 26 bm. buchające z lesistych gór płomienie i unoszące się szeroko i wysoko kłęby czarnego dymu. To lasy w Worochcie gorą.
Siadam na bryczkę razem ze znajomym swoim p. Adamickiem z Delatyna i każę się zawieść na miejsce pożaru. Gościniec do Worochty wije się zygzakiem ponad brzegami Prutu. Po obu stronach sterczą skaliste góry, odziane odwiecznym lasem. Tylko tu i ówdzie spozierają z poza gąszczu strome urwiska i łyse grzbiety skał mchem porosłych. Bliżej ku Worochcie czuć w powietrzu zapach spalenizny i gryzącego dymu. Worochczanie opowiadają, że od rana pali się piąty oddział lasowy Wojtołu. Robotnik leśny miał rozpalić ognisko, by ugotować śniadanie, a wiatr rozwiał iskry z pobliskiego zrębu Hasenfratza i Moczerniaka do rewiru skarbowego.
Dotychczas spłonęło około 500 morgów lasu i około pół miliona gontów firmy Eislera i Hasenfratza. Jest to już drugi pożar od 2 dni w tych okolicach. Co do rozmiarów przewyższa on jednak wszelkie dotychczasowe. Nawet słynny pożar lasów z przed 7 laty nie był tak groźny i tak gwałtowny. Ratunek zasadza się głównie na izolowaniu gorejącego szmatu lasu. W tym celu ludzie z tartaku Eislera, Worochczanie, mieszkańcy Tartarowa, pod kierownictwem zarządcy p. Staszkiewicza wycinają drzewa i tworzą sztuczną granicę, której płomienie przebyć nie zdołają.

„SŁOWO POLSKIE” Nr. 396 z dnia 23 sierpnia 1904.
Nasz przewodnik prowadzi nas górską drożyną lasową wzdłuż doliny potoku górskiego na Wojhoł. Z porozrzuconych po stokach gór chałup chłopskich, wyglądają ciekawie twarze huculskie, obok na obszernej polanie pasą się swobodnie krowy; po niczem nie poznasz, że tam hen na górze szaleje pożoga, że nad głowami naszerni bucha morze płomieni. Szybkim krokiem zbliżamy się do miejsca katastrofy.
Zdała już widać cały zrąb na wzgórzu pokryty białym całunem popiołu. Tu ogień począł swe dzieło zniszczenia. U wstępu witają nas pochylone, w ciężkim smutku pogrążone stuletnie świerki, którym bezlitosne płomienie zdarły ozdobną koronę i obnażyły z pięknej szaty zielonej. Wyniosły siwy jawor, białą żałobą okryty opłakuje zgon młodszej swej braci. U stóp jego leżą na stokach poprzewracane, jedne na drugich w bezładzie, tak jak je śmierć dosięgła ofiary pożogi. jak ofiary pożogi.
Przed godziną buchało tu morze płomieni, święcił tu orgie straszliwy ogień, który spełniwszy swe krwawe dzieło zniszczenia, pędzony wiatrem północno-wschodnim poleciał dalej w góry szerzyć śmierć i pożogę. Wśród obłoków dymu posuwamy się zwolna w górę. Prawa strona lasu nietknięta jeszcze. Wysokie jodły i świerki pogrążone w niemej trwodze patrzą, jak po przeciwnej stronie lasu ich towarzysze padają wśród żałośnego jęku ofiarą gwałtownego żywiołu. Tulą się bojaźliwie i chowają, jakby umknąć chciały przed złowrogą siłą ognia. (…)
***
Echa letnie. Żabie ***
Niema chyba piękniejszej wycieczki na świecie, jak ta, którą odbyć można z Worochty do Żabiego, częścią wozem, a częścią na koniach. Jeżeli ktoś zniesie przez kilka godzin jazdę konną, co wcale nie jest rzeczą trudną, gdyż kulbaka wygodna, a „hucułek” idzie krok za krokiem, to radzę puścić kantem wszelaką kwadrygę i całą podróż odbyć wierzchem. O jakiemś niebezpieczeństwie mowy być nie może! „Hucułek” każdy tak jest wprawny w stąpaniu po stromych ścieżkach do góry i na dół, tak umie nóżkami wyszukiwać najstosowniejsze i najpewniejsze miejsca, że zupełnie i z całym spokojem na jego wybór i wolę zdać się można, więc ani go wodzami ściągać, ani biczem nadto poganiać nie trzeba.

Żabie: Magóra i Magórka (pocztówka 1901-1915 / POLONA)
Droga wiedzie ciągle prawie przez lasy świerkowe, więc skwaru letniego nie odczuwa się wcale. Jedziemy po nad potokiem Ardżeluży, przez Bukowielę, Krywopole, w dolinę potoku Uczy do Żabiego, gdzie już Czeremosz szumi. Wspinamy się do wysokości przeszło 1000 metrów n. p. m., skąd wspaniały odsłania się widok na szczyty gór, wśród których Kostrycz (1585 m.) jest największy. Tu oko biegnie swobodnie w dal szeroką, której mu nie przysłania poblizka, stroma ściana gór. Obok puszystej ciemnej zieleni borów, świecą w słońcu jasnym szmaragdem duże piaty połonin, na których tu i ówdzie widać ruchome punkciki — jasne i ciemne.
Śliczne jest zejście stromą ścieżyną w dolinę Uczy już koło samego Żabiego! U podnóża gór płynie llcza zupełnie niebieska, jak błękit nieba, a nad brzegiem rokicina o liściu ciemno-zielonym, a wyżej nieco olchy i duży obszar połonin, potem buki i świerki już zda się pod samo sklepienie nieba. Połoniny rozdzielone ząbkowaną czarną linią ogrodzeń, wśród których schodzą na doły Huculi, zdała do mrówek podobni, jedzie się dołem także wśród tych ogrodzeń z wysokich kilkometrowych żerdzi, pomiędzy któremi, jak w panoramie przesuwa się coraz inny, górski krajobraz. Przez Żabie jechać trzeba przeszło godzinę. Leży ono właściwie w dolinie Czeremoszu znacznie niżej, bo przeszło 100 metrów niżej od Worochty. Ale okolica, otoczenie całe, daleka perspektywa ku szczytom Czarnohory wiecznym śniegiem pokrytym, ani Jaremczu, ani Worochcie w piękności prześcignąć się nie da.

Żabie jest kolebką Huculszczyzny. Daje się to wszędzie spostrzedz — i w zabudowaniach, które mają jeśli już nie styl, to rodzaj zupełnie odrębny i w strojach Hucułów i w ich sposobie życia. Stanąłem jak wryty przed takim oto — obrazkiem. Mały wózek, ciągniony przez parę rączych koników, a na wózku : on i ona, młode stadło małżeńskie. On w kapeluszu czarnym, suto we wstęgi przybranym, z kwastem, który mu spada po prawej stronie głowy, przysłaniając cokolwiek oko i nadając twarzy wskutek tego wyraz ogromnie buńczuczny i zawadyacki, ona w czerwonej, złożonej zupełnie tak jak zawój turecki chustce, z pod której wygląda blond grzywka, najoczywiściej zapiekana żelazkiem lub skręcana na papilotach. Oboje palą papierosy, bo krótkie fajki huculskie już nie są w dobrym tonie.
Lud jest przeważnie ładny i najzupełniej nie przesadzę, gdy powiem, że niektóre Hucułki tak wyglądają, jakby ktoś dystyngowane damy z arystokracyi poubierał w zapaski, haftowane koszule i kożuszki zgrabne. Inna rzecz, że w Żabiu także mieszka stale (podobnie jak w Delatynie) doktór, którego obowiązkiem jest leczenie chorób wenerycznych i że — jak słyszałem — wykazać się może bardzo znaczną, wielokrotnie dopiero przy pomocy organów bezpieczeństwa publicznego zdobywaną klientelą. Ale niech nikt nie myśli, że w Żabiu przedewszystkiem widzi się Hucułów. Hucułów czasem szukać trzeba, tak ich nie znać nigdzie w Żabiu, natomiast znajduje się bardzo wielu żydów, którzy nabyli już większą część posiadłości od włościan, mających skłonność wrodzoną do pieniactwa, pijatyk i rozpusty.

Co się przed dwoma miesiącami działo w Żabiu, wiemy z gazet, a jak mogłem poinformować się na miejscu, opisy tych zaburzeń wcale nie były przesadzone. „Sicz” została rozwiązaną, zakwaterowanie wojska przez czas dłuższy osłabiło znacznie animusz, ale ogień przytłumiony tylko żarzy się, jak lawa pod zastygłą powloką. Oczywiście winę tego ponoszą prowodyrzy, borytele, reakcyoniści w najgorszym stylu, bo oni sami w zdobycze zamierzonego celu nie wierzą, a chodzi im tylko o to, aby wzburzyć masy, co przy łatwowierności tego ludu wybornie się udaje, stworzyć męty, a potem wyłowić w nich dla siebie złotą rybkę w formie mandatu, lub synekury. Są to krzykacze, demagodzy, zasługujący na gruntowne i stałe tępienie; wrogi ludu, którymi każdy prawy Rusin pogardzać musi. Zaburzenia w Żabiu stały się z pewnością powodem, że w tym roku prawie niema tu letników. Wstępuję do urzędu gminnego, gdzie naturalnie zastaję w pełnym uniformie rządowego komisarza i z przedłożonej mi listy zgłoszonych gości dowiaduję się, że przybyło tylko kilkunastu izraelitów. A szkoda! bo okolica jest zachwycająca, bo powietrze upaja, jak nektar boski, a kąpiel w Czeremoszu to rozkosz prawdziwa!

Mijam budynek sądowy, w którym panowie Kasparek i Czarnecki wymierzają Hucułom sprawiedliwość i mają podobno dosyć dużo do załatwiania, podziwiam piękny dom urzędu podatkowego, który, jak zamek dawnego „Raubrittera”, położony jest na skale, tuż nad nurtami Czeremoszu i jestem już w śródmieściu, gdzie się znajduje „dworek Czarnohorski”.

Żabie : urząd podatkowy (pocztówka 1901-1915 / źródło POLONA)
Nie mam doprawdy dosyć słów pochwalnych dla tego dworku. Tak tu schludnie, tak porządnie, tak wygodnie urządzone przygotowane dla podróżnych pokoje: jasne, obszerne, pełne woni z poblizkich lasów i tego chłodzącego miłego powiewu, który płynie od wartkich fal Czeremoszu. W dworku jest sala obszerna ze sceną wybornie do przedstawień amatorskich urządzona, z kurtyną namalowaną wprost prześlicznie przez artystę malarza p. Pstraka, przedstawiająca starego szlachcica, zasłuchanego w pieśń, którą ponad jeziorem gra mu lirnik stary. W teatrzyku tym odbywają się często przedstawienia urządzane w zimowej porze przez T. Szkoły Ludowej. Zastałem także w sali szafę, w której mieści sibiblioteczka. Pokoje są bardzo tanie, restauracya tania, i dobra, słowem jest wszystko, co letnikowi pobyt w sezonie umilić może, brakuje tylko samych — letników.
Zaczynając rozmowę z gospodynią czarnohorskiego dworku panią Krempową, pytam oczywiście najpierw o powód tej abstynencyi.
— To wszystkiemu te rozruchy winne, proszę pana; goście przyjeżdżać się boją, ja sama byłam także w niemałym strachu.
— I cóż pani wtedy robiła?
— Uciekłam, proszę pana na dwa dni, to wcale nie były żarty.
— Cóż to, odgrażali się ?
— A jakże! Mówili, że najpierw wyrżną wszystkich „paniczów” (t. j. żandarmów), potem zburzą pocztę i słupy telegraficzne, wymordują panów, żeby nie mogli bronić żydów, a na samym ostatku wyrżną wszystkich żydów, bo im grunta i dobytek pozabierali, poczem zaczną się znowu dla nich dawne, dobre czasy.
— A czy teraz już jest spokojnie ?
— Ta, zdaje się, że spokojnie, ale kto ich tam wie, czy znowu czego nie knują.
Od pani Krempowej dowiaduję się także, że wkrótce ma stanąć w Żabiu kościołek rzymsko-katol., na który pilnie zbierają się składki, a nawet, jak mi pokazywano, już zwożą się kamienie na fundamenty.

Żabie (fotografia przed 1914 / źródło POLONA)
Zawadziwszy o sklep Gartnera, w którym dostać można śliczne „dzióbeńki”, paski i fartuszki, jadę wspaniałą drogą tuż ponad Czeremoszem i tuż pod urwiskiem skalnem, na którem wprost niepojętym sposobem zdają się trzymać wysokie świerki i brzozy, ku granicy Żabiego, Krzyworówni, będącej od dawien dawna własnością rodziny pp. Przybyłowskich. Kto tylko był w Żabiu, wstąpić musiał do tego staropolskiego dworu, słynnego z gościnności, gdzie gospodarz wrota swego domu i serce swe naoścież rodakom otwiera! Pan Przybylowski, w czasie rozruchów, nie opuścił swego dworu, a że mu się nic nie stało, zawdzięcza w pierwszej linii starym Hucułom, którzy do niego szczerze są przywiązani. Starzy, rozumni Huculi, narzekają sami na młodych, ale władzy nad nimi nie mają.
W Krzyworówni jest paroch Wolański, który postępowaniem swojem wsławia się coraz więcej. Jest to ksiądz jak pień głuchy, wskutek czego każda spowiedź u niego jest równocześnie spowiedzią publiczną, bo wszystkie grzechy i wymiar pokuty słyszy cerkiew cala. Ksiądz ten miał, jak słyszę, niedawno naukę o różnicy kardynalnej, jaka zachodzi pomiędzy Matką Boską ruską a polską i naturalnie zakazywał Hucułom modlić się do tej drugiej. A że jak stwierdzono kilkakrotnie, należy do wybitnych radykałów i agitatorów, i mimo swej głuchoty więcej słyszy niż potrzeba, więc należałoby go bezzwłocznie i raz nareszcie przenieść w zasłużony stan spoczynku, co też niniejszem pod właściwym kreśli się adresem.
(opr. M.P.)

Grupa Hucułów z Żabia (foto, Mikołaj Seńkowski, 1924 rok)
Źródła:
* SŁOWO POLSKIE Nr. 379/1904 z dnia 12 sierpnia 1904
** SŁOWO POLSKIE Nr. 354/1904 2 dnia 29 lipca 1904
*** SŁOWO POLSKIE Nr. 386/1904 z dnia 17 sierpnia 1904
Pozostałe posty z WĘDRÓWEK PO GALICJI:





