Na letniskach w Galicji w 1904 roku
Jaremcze, Mikuliczyn, Worochta, Żabie (cz. I)
Końcem XIX wieku i początkiem wieku XX coraz bardziej popularne stawały się wśród mieszkańców Galicji karpackie letniska. Jeszcze nie nadeszły ich „złote czasy”, ale prasa już zaczęła odnotowywać pojawiający się tutaj ruch turystyczny. Na letniska zjeżdżało coraz więcej osób, redaktorzy gazet byli przekonani, że karpackie letniska i miejscowości uzdrowiskowe, mogą w niedalekiej przyszłości śmiało konkurować z najlepszymi w Europie. Często więc pojawiały się uwagi odnoszące się do istniejących jeszcze braków i niedogodności, ale również reportażowe relacje z pobytu w karpackich miejscowościach kreślące ich urok i koloryt. Poniżej przytaczamy dwa z czterech opisów karpackich letnisk, które ukazał się w lipcu i sierpniu 104 roku w gazecie „Słowo Polskie”.
Jaremcze
Jaremcze zaczyna się powoli zaludniać. Nie potrzeba rozpisywać się o pięknościach natury, o cudownym lesie i szumiącym Prucie, gdyż to wszystko dostatecznie jest znanem (…). Sezon w pełnym rozkwicie. Przyjeżdżających na dworcu kolei witają zawsze tłumy publiczności wśród której barwne stroje pań i migających w słońcu parasolek, wyglądają jak kwiaty na łące kołysane lekkim zefiru powiewem. Tęczowa fala porywa cię w swe nurty i mimowoli zaczynasz z nią płynąć ku wyjściu.

Jaremcze, most na Prucie (widokówka 1910, źródło POLONA)
Już od samego dworca począwszy, hotele i restauracye mają widok świąteczny, uroczysty. W dzień pociągają letnika chorągwie biało-czerwone, w nocy różowe abażury, którymi właściciele restauracyj starają się utrzymać werandy w poetycznem buduarowem półświetle. Bardzo to miłe dla oka i już na wstępie dobrze cię dla Jaremcza usposabia.
Zjadłszy w czasie przejazdu przez Delatyn doskonałe śniadanie na dworcu kolei (na słowa te szczególny nacisk kładę), nie czuję jeszcze głodu, więc z większą liczbą przyjezdnych, nie wstępując po drodze do żadnej restauracyi, sunę jak Muzułmanin ku świętym szczątkom proroka — do wodospadu.
Wzrok nurza się w ciemnej zieleni borów, które puszystym płaszczem okryły wyniosłe korpusy gór, co zdaje się być w takim skwarze i dla nich także strojem nieco nużącym i ciężkim. Na obnażonej cząstce skały stoi w tej samej zawsze postawie łudząco z drzewa wykonany jeleń, którego oczywiście wielu strzelców niedzielnych bierze na cel, żałując, że odległość jest trochu za wielka.
Moim zdaniem jeleń nieco zblakował i należałoby go świeżym „okrem” pociągnąć. Wzrok ślizga się bez przeszkody od szczytów gór ku Prutowi, gdy w tem zawadził o coś mocno lśniącego. Co zacz? To kopuła nowego Bazaru, który w tym roku został postawiony gwoli ozdoby uzdrowiska, jeżeli ktoś stawia w takiem miejscu kąpielowem domek mieszkalny dla siebie i ze względów oszczędnościowych sklei sobie gdzieś w kąciku lichy z dranic budyneczek, to się nawet gniewać i za złe mu tego brać nie można, ale jeżeli ktoś ma czas i pieniądze i ma także gust, bo przy wybudowaniu innych willi dał na to dowody, tu postawienie takiego Bazaru w miejscu najbardziej widocznem, przy głównym pasażu jest rzeczą wprost nie do darowania i koniecznie musi być napiętnowane!

Droga do wodospadu jest przez pana Lankosza, właściciela restauracyi, zamknięta i opłatę za miejsce uiszczać trzeba, jakiem prawem nie wiem, ale to pewna, że p. Lankosz mógłby stanowczo, jeśli już taksę wstępu „jure caduco” pobiera, uprzątnąć przynajmniej raz na tydzień drogę, którą się idzie do wodospadu, bo wprost wstrętną jest ta masa papierków, zalegających grubą warstwą cały trawnik. Jaki też wodospad jest teraz malutki, niepokaźny, zupełnie prawie pozbawiony grozy, tak go pokonać i ujarzmić potrafiła — susza! Aby mu się z bliska lepiej przypatrzyć, siadamy na tratwę i przepływamy na drugą stronę, co jest obecnie bardzo miłą dla letników rozrywką i zdaje się tylko w czasie niskiego stanu wody w Prucie, bez narażenia się na niebezpieczeństwo wykonane być może. Swoją drogą nie zaszkodziłoby wcale, gdyby klub jaremczański wziął ten przewóz pod swoją opiekę i ustanowił taryfę i uwidocznił ceny jazdy na przybrzeżnej tablicy. Takie rzeczy urządza się zazwyczaj na całym świecie, aby uniknąć wyzysku z jednej i drugiej strony. Znalazłszy się na drugim brzegu, idziemy do schodków przy skale nad wodospadem i spostrzegamy ze smutkiem, że tych schodków, po których przejściu mieliśmy twarzą w twarz prześliczny widok wybuchającego z czeluści wodospadu, niema! Tamte były podobno już popsute całe, czyż klub jaremczański nie mógł się postarać o inne, żelazne lub kamienne, dla których jednolita skała nadbrzeżna byłaby dostatecznym i bezpiecznym punktem oparcia! ?
Wracam więc znowu tratwą, znowu po papierkach pana Lankosza ku środowisku Jaremcza, ku dworcowi. Tu i ówdzie spostrzegam wille, którym doprawdy pod względem smaku nic zarzucić nie można. A estetyka ta zdobyta tak prostymi środkami. Domek mały, drewniany, okolony galeryą, zrobioną przez miejscowego cieślę, z balustradą o liniach tak niezwykłych, oryginalnych i pięknych, że aż przystanąć musisz, aby tę budowankę podziwiać. Postawiona ze skromnych środków, ale właściciel jej ma z pewnością coś w sobie z duszy Witkiewicza.


Jaremcze, pocztówka z 1900 r. (źródło POLONA) oraz reklama hotelu i restauracji Skrzyńskiego (źródło Z. Rosner „Przewodnik po Galicji i Bukowinie”, Kraków 1906)
U kresu mej podróży staję przed wystawą księgarni i biura dzienników pana Jasielskiego i czytam. Jak on tu jednak wszystko w malutkim, ni to gablotka budyneczku, pozbierał i rozumnie dobrał. Spotykam znajomych, brać literacką, (…) przewracamy po półkach, gdzie jest wszystko niemal, co dzisiaj świat zajmuje i zapominamy przez chwilę nawet o wdziękach przyrody. (…) Miłe wrażenie, które zostawia w duszy tutejsza księgarnia, bardzo się dobrze kojarzy z nieporównanym wdziękiem przyrody, żegnanej tęsknym wzrokiem odjeżdżającego turysty. (1)
[Zadziwić jednak musi] każdego zjeżdżającego do Jaremcza brak pomocy lekarskiej, a co gorsza apteki. Jedyny lekarz praktyczny posiadający tu zakład wodoleczniczy — otacza przeważnie opieką pacyentów w zakładzie się leczących i nie ma czasu na odwiedzanie chorych po za zakładem, tak, że w razie potrzeby po lekarza aż do Delatyna udawać się trzeba. A przecież w każdej z kilkudziesięciu rodzin tu przebywających przytrafi się choćby raz nagłe zasłabnięcie lub przypadek w szczególności u dziatek, których tu jest nie mało.(…) Wobec braku apteki trzeba po lekarstwa posyłać znowu do Delatyna, a w ten sposób, nim lekarz stamtąd zjedzie i nim po zapisaniu przezeń recepty nadeszlą z Delatyna leki, chory może… wyzdrowieć. (…)
Skoro braki powyższe i podobne będą usunięte, niewątpliwie wobec tylu dodatnich stron Jaremcza, miejscowość ta zasłynie jeszcze więcej i setki tych, którym się ciągle wytyka, że jadą do zagranicznych badów, zwrócą swe kroki w te cudowne strony i wiele grosza tu pozostawią. (2)

Mapa: Jaremcze-Worochta (Mikuliczyn) : Beskid Wsch., 1928 (POLONA)
***
Sezorn tutejszy zbliża się jak we wszystkich zdrojowiskach ku końcowi. Najstarsi mieszkańcy tej uroczej miejscowości, najładniejszego miejsca kąpielowego nad Prutem, nie pamiętają takiego napływu gości i tak ożywionego sezonu jak tegoroczny.
Wszystkie „wille„, ba, nawet chaty huculskie w górach zajęte były — naturalnie za drogie pieniądze, jak wszędzie u nas — głównie przez mieszkańców Lwowa, Stanisławowa, Kołomyi i t. d. szukających zdrowego, górskiego powietrza, dla wytchnięcia z całorocznej zawodowej pracy.
W tutejszej kotlinie nie dały się nawet tegoroczne upały tak ludziom we znaki jak gdzieindziej; łąki i pastwiska mają też tu daleko świeższą i zieleńszą barwę a jarzyny lepszy wygląd niż wszędzie w dolinach.
Bawiono się też w różnych zamkniętych kółkach, bez wielkich pretensyj, świetnie. „Kapela” ze Stanisławowa, składająca się z 6-ciu muzykantów, sprowadzona na miesiąc sierpień, przygrywała najnowsze utwory sztuki często do rana, przy improwizowanych „reunionach”, na których tańczono do upadłego. Tańce prowadził „z młodzieńczą werwą”, pan Maurycy Jonasz, bankier ze Lwowa, który już zbierał przedtem laury „aranżera starej daty“ podczas swego pobytu w Truskawcu. To też skutkiem tego daru i zawsze wesołego humoru swego, miał szczęście być zawsze otaczanym przez najładniejsze reprezentantki płci pięknej, a było ich dużo !
Liczny zastęp gości stanowią tu także adwokaci lwowscy, przebierając się jednak za „turystów” nie zawsze z powodzeniem. (…) Ostatnie dżdżyste dnie przyczyniły się jednak do ucieczki znacznej części letników, jeszcze przed ukończeniem urlopu. (3)
Mikuliczyn
Porównanie całego szeregu uzdrowisk klimatycznych ponad brzegami Prutu: od Dory aż do Worochty i Woronienki, do stryjskiego „Salzkammergutu” jest zupełnie uzasadnione i kto wie, czy pod wielu względami tamtego nie prześciga. Taki naprzykład widok jak z okien pociągu, pędzącego ponad olbrzymim, a tak na pozór lekko i odniechcenia rzuconym łukiem jaremczeńskiego wiaduktu, taki pejzaż, jak ten z przytuloną do prostopadłej ściany gór, gąszczem świerkowych borów okrytych, wykutą w skale drogą Krattera, u której podnóża w przepastnej głębi Prut o potężne głazy rwące swe wody roztrąca, obraz co ni to zjawisko senne, zamajaczy przed twemi oczyma i ginie po chwili w czarnaj czeluści tunelu, — to są rzeczy, z którymi chyba nic ną świecie rywalizować nie jest w stanie! (…) pociąg przechodzi tunelem tak długim, jak graniczny między Galicyą a Węgrami, każdym razem urządza się publiczności taką piekielną w ciemności jazdę. Co prawda, jeżeli chodzi o podsycenie wesołości i wywołanie zabawnych, a nieraz nawet wielce drastycznych sytuacyj, rzecz ta się doskonale udaje. Kilkakrotnie jechałem już w towarzystwie, które w czasie przejazdu ciemnym tunelem, najzupełniej swobodnie puściło wodze nieokiełzanej niczem swej swawoli. Działy się wtedy rzeczy, których opisać nie jestem w stanie poprostu dlatego, bo najzupełniej , nic nie widziałem.(…) Ledwie pociąg wpadł w ciemność zaczął się kwik, pisk, syk, cmokanie, wrzaski nieludzkie, słowem wszystko, co tylko świadczyć może o jak najlepszej zabawie.

Mikuliszyn, dworzec kolejowy (pocztówka 1903-1905 / źródło POLONA)
Gdy wyjechaliśmy na światło dzienne, całe towarzystwo znalazło się znów przykładnie na dawnych miejscach, tylko jakiś młodzieniec strzepywał sobie lekko pudrową biel z rękawa, jakaś piękna dama, wyglądająca na mężatkę, poprawiała rozburzoną mocno koafiurę, a ja błądziłem badawczym wzrokiem po twarzach dżentelmenów, szukając napróżno sprawcy ataku na moją łydkę, któremu może ani na myśl nie przychodziło, że tkliwą swą pieszczotę pod tak niewłaściwym wysłał adresem…
Poza drugim tunelem, poza Jaremczem, wzrok nasz pada na szeroką ponad brzegami Prutu płaszczyznę, pławiącą się w plainerze słonecznym, na której rozsiadł się Mikuliczyn. Wysiadłszy na dworcu kolei, gdzie, podobnie jak w Jaremczu, czeka na podróżnych kilka fiakrów, szerokim gościńcem zmierzam ku jadłodajni pani „Jasiowej”, która dlatego takie nosi miano, że na szyldzie jej przydrożnej gospody jest wypisane: „Restauracya Anny Bauer”.
Werandę przed domem zastaję tak szczelnie obstawioną letnikami różnej pici i wieku, że mimo pory obiadowej, która mi się sygnalizuje w wygłodzonym żołądku nie mam odwagi prosić o obiad. Uderzywszy w pokorę, zbliżam się do pani gospodyni rozdzielającej wśród całej armii sług ambrozyę i nektar i bez wielkiej trudności przyłączam się do „table d‘hotu“ któremu co do ilości nic zarzucić niemożna. Kosztuje to nie drogo, bo za rosół, dwa mięsa i dwie leguminy płacę 55 ct. (…)

Mikuliszyn, widok ogólny (pocztówka 1910 /źródło POLONA)
Wychodzę na gościniec cesarski i zmierzam przez most ku miasteczku, gdzie mię zaraz na wstępie wita młody żydek, który już na kolei stręczył się jako przewodnik.
— Pan z pewnością szuka mieszkania? — pyta mię grzecznie.
— Przypuśćmy, że miałbym ten zamiar.
— To ja w takim razie mam honor się zaprezentować, jako faktor Dawid Engelstein.
Od owego momentu pytania moje w każdym kierunku stają się prawie zupełnie zbyteczne.
Pośrednik w wynajmie pomieszkań informuje rnię, że jest jeszcze bardzo wiele do dyspozycyi i że ile chcę i jakie chcę za każdą cenę dostać mogę. (…)
Nie ulega wątpliwości, że słaba frekwencya letników w obecnym sezonie łączy się ściśle z kwestyą ruską, która jak wiadomo przebywała tutaj ferment dosyć silny i dający się we znaki tym także, co stojąc na uboczu wcale się nią nie interesowali. Słyszałem od osób bardzo wybitnych, którzy od szeregu lat gościły stale w Mikuliczynie: „że więcej tam nie pojadą, ponieważ ze strony ruskich radykałów występowano wobec nich wprost prowokacyjnie. (…)

Huculi z Mikuliczyna (pocztówka z 1901 r./ źródło POLONA)
Boję się, aby mię nie posądzono o jakieś nieprzychylne dla Mikuliczyna usposobienie. Stoję na gruncie zupełnie obiektywnym i nie mam wcale zamiaru rozmijać się dla jakichś celów ubocznych ze świętą prawdą. Zresztą, pominąwszy to wszystko, najlepszą reklamą dla Mikuliczyna jest sam specyalista chorób piersiowych dr. Prus, który oto właśnie stoi na werandzie swego domku z pogodnem obliczem i Snąć w całej pełni używa rozkoszy wilegiatury. Przesyłam mu zdała serdeczne pozdrowienie i nie trudno zauważyć, że brew czcigodnego profesora marszczy się na samą myśl: czy to przypadkiem nie jest tylko w życzliwej formie zrobiona zasadzka, która poprzedza utrapienie zwane pacyentem t. j. rzecz dla człowieka pragnącego wypocząć wcale niepożądana…
Na dalszej drodze towarzyszy mi nieodstępnie mój duch opiekuńczy p. D. Engelstein.
— Proszę pana — mówi wypoczętym znacznie po chwilowem milczeniu językiem, — my tu mamy dużo lepsze rzeczy niż w Jaremczu.
— Jakież to? — pytam.
— My mamy budki kąpielowe, kabiny, ot tam na brzegu, po jednej stronie dla pań po drugiej dla panów.
— Cóż jeszcze macie nowego?
— będziemy mieli nie długo kościołek…
— Jakto: będziemy mieli? — pytam zdziwionym mocno wzrokiem, mierząc pana Dawida.
— No ten, który pan widział idąc ze stacyi.
Kościółek jest istotnie bardzo ładny i zauważyłem, że mu już bardzo nie wiele do zupełnego ukończenia potrzeba.
— A skądże się wzięły pieniądze na postawienie tak pokaźnego budynku?
— To pan Sym, pan zarządca, to wszystko on pozbierał. On urządza zabawy, pikniki, tańce, a wszędzie i zawsze robi składki na kościół. (…)
Przybyłem na dworzec pół godziny przed odejściem pociągu, czego nie żałuję wcale, bo usiadłszy na balustradzie (ławki były świeżo pomalowane) mam z jednej strony widok stromej skały zielenią świerków pokrytej, z drugiej: dwa przepyszne okazy flory ludzkiej: ciemną blondynę i szatynkę, które, jak mię poinformowano są nadobnemi córami naczelnika tutejszej stacyi. (4)
(opr. M.P.)

Mikuliczyn, główna droga 600 m. nad poz. morza (pocztówka z 1911 r./ źródło POLONA)
Źródła:
(1) SŁOWO POLSKIE Nr. 357/1904 z dnia 30 lipca 1904.
(2) SŁOWO POLSKIE Nr. 325/1904 z dnia 12 lipca 1904.
(3) SŁOWO POLSKIE Nr. 406/1904 z dnia 29 sierpnia 1904
(4) SŁOWO POLSKIE Nr. 367/1904 z dnia 5 sierpnia 1904.
Pozostałe posty z WĘDRÓWEK PO GALICJI:





